Dokładnie pamiętam, w którym momencie postanowiłem nie napisać niniejszej notki. Była to sobota. Dzień wolny. Właśnie obejrzeliśmy z Panią Małżonką film Der Baader Meinhof Komplex.
Czasy niespecjalnie się zmieniły przez ostatnie trzy dekady, tak zauważyła Pani Małżonka. A jeśli już się cokolwiek zmieniły, to na gorsze. Kapitalizm nadal kapitalizuje, i to na jeszcze większą skalę niż wtedy. Kobiety nadal uprawnione są nierówno, może nawet nierówniej. A współczesny patriarchat wyzyskuje już nawet nerki chińskich dysydentów i pośladki tajlandzkich transwestytów.
Zero prężności ma w sobie współczesna współczesność. Opadłe fiuty konserwatyzmu straszą aż po horyzont. A współczesnym młodzieńcom, dzisiejszym studentom, nie chce się nawet rzucać bomb w imię wolności i sprawiedliwości. Chujowieńko jest. A przecież inteligencko-radykalna rewolucja nie byłaby zła.
Nie widzę możliwości, abym to ja poprowadził podobną rewolucję. Już nie umiałbym tak napadać, tak rzucać bomby, tak terroryzować w imię nierównego ucisku ludzi uciskanych. Jestem w wieku, w którym człowiek dla satysfakcji innych nawet sam sobie butów nie zasznuruje, o ile mu nie zapłacą. A co dopiero zmieniać bieg historii! Nie wiedząc z góry, ile z tego będę miał? Ile wyciągnę z takiej inwestycji? Raczej nie ma szans.
Być może Pani Małżonka mogłaby zostać współczesnym Baaderem. Jest młodsza ode mnie, werwy ma więcej. Ale gdyby ona została Andreasem Baaderem, to ja musiałbym zostać Ulriką Meinhof. Taka jest logika kompleksu Baader-Meinhof, że kiedy jedno jest tym, to drugie musi być tamtym. A na rolę Ulriki nie zgodzę się. Nie kręci mnie rola tego, który głównie pisze manifesty, kiedy inni z całych sił terroryzują, rzucają bomby i przeżywają stan upojenia adrenalinowego.
I z tego właśnie powodu, na wszelki wypadek, postanowiłem niniejszej notki już nigdy nie napisać…
Ale minęło czasu mało wiele i pojechałem do Polski. Piękna to była wycieczka. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja o niej opowiedzieć. Na przykład o tym, jak byłem w Katowicach. Widziałem tam dworzec. To też niezapomniana przygoda z niewielką szczyptą adrenaliny oraz terroru. Nie o dworcu jednak dzisiaj, nie o tym…
Siedziałem w pewnym dyskretnym lokalu z moimi starymi przyjaciółmi i całkiem nowymi znajomymi. Nadmiar alkoholu wywołał w moich kompanach eksplozję szczerości. Dowiedziałem się, iż mam czytelników. Pięciu. Miałbym sześciu, ponieważ mój przyjaciel polecił swojej mamie niniejszego Bloga Którego Już Nie Ma. Na szczęście szanowna mama dystretnie wykonała unik i najprawdopodobniej nigdy moim czytelnikiem nie została. W swojej mądrości, głębokiej przenikliwości, pozostawiła liczbę moich czytelników piękną i okrągłą: pięć.
Terror posiadania czytelników jest nokautujący, muszę przyznać. Czułem się jak Andrzej Gołota podczas wieczorku autorskiego, promujacego książkowe wydanie jego bokserskich wspomnień. Nie wiedziałem, czy mam coś do nich gadać, o czymś im opowiadać, czy raczej od razu nawykowo padać mordą na deski i się nie ruszać aż mnie wyniosą.
Oczywiście podejrzewam, że moi czytelnicy ocknąwszy się następnego poranka, wytrzeźwiawszy, oblawszy lodowatą wodą swoje czerepy zbolałe, że oni wtedy poczuli głęboki wstyd. Wszak każdy internacjonalny bibosz wie, że Polacy to naród po wódce wesoły, otwarty i szczery okrutnie. Na kacu zaś popadający w melancholię, w tesknotę za wypaplanymi tajemnicami, w żal po wykonanych comingoutach.
Ale jeszcze nie to było najgorsze tamtego wieczoru. I mam nadzieję, że najgorszego oni wszyscy sobie nigdy nie przypomną. Choćby nie wiem jak bardzo wytrzeźwieli, nie wiem jak bardzo odzyskali pamięć, nie wiem jak bardzo zaczęli tą odzyskaną pamięcią wszystko znowu pamiętać. Tego pamiętać lepiej niech nie pamiętają. W przypływie twórczego narcyzmu nie tylko nową notkę im obiecałem, ale całą powieść zobowiązałem się wytworzyć i wydać! Papier nią zadrukować!
Jeśli oni sobie to przypomną, to będę musiał napisać dobrą, solidną powieść, wyjścia nie ma! A skąd ja wezmę pomysł na powieść? Jeszcze dobrą? Jedyną dobrą powieść, o jakiej ostatnio słyszałem to jest Biała gorączka Jacka Hugo Badera. On tam opisał fikcyjną podróż przez Syberię, której nigdy nie odbył. Bo przecież który normalny człowiek dosłownie, niemetaforycznie, pojechałby sam przez Syberię tylko po to, żeby książkę napisać? No chyba, że myśliwy albo przemytnik.
Nie czytałem tego Hugo Badera. Ale Pani Małżonka czytała w drodze powrotnej w samolocie. Co pięć minut referowała mi co grubsze zmyślenia, jakie Hugo spisał. Jestem zatem zorientowany. I jeśli przyjdzie mi spełnić moje obiecanki i powieść napisać, to chyba przepiszę od Badera. Bo po co mam zmyślać całą ksiązkę od początku, skoro ta jest całkiem przywoicie zmyślona?
/hlb/