Siedemdziesiąt tysięcy za Polańskiego, Holokaust i tarczę antyrakietową

02.10.2009 hlb 27 komentarzy

Powinienem był napisać o Romanie Polańskim. Powinienem był solidaryzować się czy też odciąć od niego kompletnie. Może nawet powinienem był podpisać jakąś petycję, albo i antypetycję. Niestety, mam niepopularne poglądy w tej sprawie, więc nie planuję się z nimi ujawniać. W dzisiejszych czasach tylko idiota skazywałby się dobrowolnie na niepopularność.

Oczywiście mogłbym wybrnąć z sytuacji jakąś notką, w której zamiast własnych poglądów objaśniłbym związek pomiędzy następującymi trzema okolicznościami: narodowością Romana Polańskiego, instumentalnym traktowaniem Holokaustu oraz nagłym zwrotem w negocjacjach na temat tarczy antyrakietowej nad Polską. A gdybym jeszcze tak zgrabnie skonstruowaną notkę przekleił na jedno z popularnych w Polsce forów internetowych, wtedy bez dwóch zdań zostałbym królową serc i asem pik w jednej osobie.

Od Frakcji Obronno-Popierającej dostałbym pewnie z tysiąc komentarzy. Pisaliby do mnie płomienne elaboraty, że każdy znany emigrant z Polski pozostaje Polakiem na zawsze i jest skarbem narodowej kultury. Prawie tak jak każdy koń namalowany przez rodzinę Kossaków. Drugi tysiąc komentarzy dostałbym od forumowiczów z Frakcji Demaksująco-Protestującej. Z kolei ci wyjaśniliby mi, iż zbieżność nazw “Polak” i “Polański” jest kompletnie przypadkowa. Po Polański to nie Polak a Francuz, a w rzeczywistości – podstępny Żyd. Bo każdy Żyd jest podstepny, więc lubi się podawać za Francuza i Polaka równocześnie.

Dalej mogłbym liczyć na trzeci tysiąc płomiennych komentarzy od zwolenników Holokaustu i czwarty tysiąc – od jego przeciwników. Jedni poinformowaliby mnie, że Polański przeżył nazistowskie prześladowania, więc każdy kto na Romana podnosi rękę, staje w jednym szeregu z Gestapo, UPA i Melem Gibsonem. Drudzy poinformowaliby mnie, że Holokaust w ogóle nie miał miejsca, a zmyślono go aby usprawiedliwić każde żydowskie ruchanie w Hollywood, przez Żydów przecież opanowanym i ruchanym bezustannie.

Od zwolenników tarczy antyrakietowej na pewno dostałbym kolejny tysiąc komentarzy, już piąty. Zapewne pierwszy komentator napisałby mi, że jestem czerwoną gnidą i lewicowym chujem, bo szkaluję ten zacny pomysł. Kolejne 999 komentarzy zawierałyby wyłącznie wewnątrzfrakcyjny spór, czy bardziej jestem gnidą, czy bardziej chujem – i czy w ogóle mogę być tym wszystkim jednocześnie. Oczywiście przeciwnicy tarczy antyrakietowej też przyłączyliby się do dyskusji. Szósty tysiąc komentarzy byłby od nich. Może nie nazwaliby mnie chujem, ale zapewne prawicowym przygłupem jak najbardziej.

Mając notkę z sześcioma tysiącami komentarzy zostałbym internetowym celebrytą w jedno popołudnie. Niewykluczone, że już pod wieczór zadzwoniłaby do mnie Monika Olejnik z zapytaniem, czy aby nie ukrywa się u mnie poseł Chlebowski, którego chciałaby przesłuchać na okoliczność afery “Cześć Zbysio Cześć Rysio”. Zapewne zapytałaby mnie też o komentarz do afery. A wyjaśniłbym jej, iż uważam dokładnie tak samo jak Komentator Migalski, chociaż w kluczowych kwestiach być może się z nim nie zgadzam.

Po tej rozmowie dostałbym nie tysiąc, nie siedem tysięcy, ale siedemdziesiąt tysięcy nowych komentarzy, z których większość oskarżyłaby mnie, iż jestem pedałem i frajerem, więc trzeba mnie rozjebać w chuj, niczym fakającego piętnastolatka na koncercie znanego dresiarza z Poznania.

I nawet nie musiałbym nigdzie – ani na początku ani na końcu – ujawniać jakie ja mam właściwie zdanie w którejkolwiek ze spraw. Przecież w internecie i tak każdy ma własne, o które jest gotów pokłócić się choćby i ze swoim firewallem. Więc po co komu jeszcze czytać moje.

/hlb/

Muse: The Resistance

21.09.2009 hlb 3 komentarzy

Nie napisałem przecież, że najnowszy album Muse niedobry jest. Albo że nie lubię. Ale brakuje mi w nim czegoś. Brakuje mi czegoś podobnego do Hysteria na znakomitej Absolution. Albo może czegoś podobnego do Citizen Erased z Origin of Symmetry.

Słucham The Resistance od tygodnia i mam na tej płytce ulubione momenty. Ale nie znajduję tam tej magii, którą tak dobrze wspominam z koncertu na stadionie Wembley w 2007 roku.

/hlb/

Koniec telewizora

18.09.2009 hlb 12 komentarzy

Nie oglądam telewizji. Głównie dlatego, że jestem intelektualnym snobem z Londynu. A intelektualne snoby z Londynu, tak jak i intelektualne snoby z Nowego Jorku, telewizji nie oglądają.

Poza tym nie oglądam telewizji także dlatego, że to medium jest dla mnie  potwornym przeżytkiem. Nie rozumiem, jak ludzie moga czekać na konkretny dzień tygodnia, na konkretną godzinę, żeby zobaczyć swój ulubiony film lub serial. Ja lubie mieć. Miec w sensie dosłownym. Na DVD. I oglądac tyle, ile  potrzebuję i wtedy, kiedy potrzebuję.

Oczywiście tutaj widać druga twarz mojego snobizmu. Nie kupuje emetrójek i nie ładuje torrentów z filmami. Lubie miec, czyli posiadać. Żeby stało i widniało. Żebym mógł sięgnać i wziąć do ręki. Żeby miało okładkę, książeczkę i tak dalej. Jak wspomniałem ostatnio: jeśli nie ma dziurki, to się nie liczy.

A ponieważ jest piątek, na deser kawałek widowiska wybitnie telewizyjnego, choć przecież za kilka lat nawet tego typu programów nitk już nie będzie z telewizja kojarzył. Będa pewnie dostępne tylko online i on demand.

W poniższej jutubce chodzi o to, że Bill Maher rozmawia z Sarah Silverman.

Maher prowadzi dla HBO znakomity tokszoł. Jest to właściwie program dokładnie odwrotny do żenady serwowanej przez Pospieszalskiego (czy on jeszcze istnieje tam w Polsce, hę?). Maher jest inteligentny, dowcipny, świetnie przygotowany i na dodatek jest skończonym liberalnym bezbożnikiem. Nie wspomnę o wyglądzie, bo przecież nie wypada człowiekowi (Pospieszalskiemu) wypominać, że wygląda tak samo tragicznie, jak tragiczne jest to co ma do powiedzenia.

Silverman jest za to artyską sceniczną, która nie bierze jeńców, nie lubi politycznej poprawności, nie wierzy w Bozię i niespecjalnie stresuje sie swoim zydowskim pochodzeniem. Proszę…

/hlb/

To nie jest tango

16.09.2009 hlb 17 komentarzy

Jutro dostaniecie notkę którą wymyśliłem wczoraj, ale zapomniałem ją zapisać, bo myślałem nad notką, którą wymyślę dopiero jutro. A dzisiaj tymczasem będzie muzyka. Coś wprost ładnego będzie, bo ostatnio było coś ładnego inaczej.

Wynalazek, który wam niosę, nazywa się The Juju Orchestra. Jego historia jest taka…

Myszkowałem w Amazonie z zamiarem nabycia jakiejś niemęczącej składanki Astora Piazzoli. Wiem, co chcielibyście powiedzieć, ale przecież człowiek nie może się żywić samym tylko KMFDM. Czasem lubie taki mięsisty kawałek sera, jak Piazzola właśnie.

Piazzola to jednoosobowa historia argentyńskiego tanga. Trochę piękne. Trochę pachnące naftaliną. Trochę śpiewne. Trochę rzewne. Właśnie dlatego w sam raz. Szczególnie jeśli pamiętać, że Piazzola napisał utwór Libertango, który później, już w wykonaniu Grace Jones, stał się motywem przewodnim w filmie Frantic Polańskiego.

Ale w amazońskich powiązaniach do Piazzoli raz po raz wyskakiwał mi album o intrygującej okładce, sygnowany właśnie przez The Juju Orchestra. I doprawdy rzadko się zdarza tak, abym natrafił na płytę wykonawcy, o którym nie wiem nic, nie słyszałem nigdy i nie mam pomysłu, gdzie go przyporządkować. A tym razem tak było. Po krótkim rekonesansie zainwestowałem dziesięć papiera w import.

Po dwóch tygodnich płytka przybyła. W kopercie oklejonej szczelnie argentyńskimi znaczkami. Właśnie tak, jak człowiek kultury zachodniej, wiodący senne życie w północnej chemisferze, wyobraża sobie mieć podany latynoski fjużon-dżez.

O The Juju Orchestra nie wspomina nawet Wikipedia. Na serwisie MySpace istnieje strona grupy, ale tam widnieje taka adnotacja w związku z ową tajemniczą płytą:

Nasz pierwszy album ‘Bossa Nova Is Not A Crime’ ukaże się na całym świecie 19 marca 2007 roku. W Japonii ciągle wychodzi ale już się kończą egzemplarze…

Mamy koniec roku 2009, więc to nie jest to szczególnie aktualna informacja. Ale dzięki niezmordowanemu Googlowi wyszperałem, że Bossa Nova Is Not A Crime wydana została przez Agogo Recordings. Na stronie wytwórni spotkała mnie interesująca niespodzianka.  Zespół The Juju Orchestra pochodzi z Braunschweig w NRD. Podkreślam: w NRD. Bo nie przyjmuję do wiadomości, że NRD już nie ma. Możecie mnie podać do sądu, ale nic wam to nie pomoże. Dla mnie NRD było, jest i będzie, choć i tego w Googlu nie wynajdziecie (podpowiadam: NRD leży na zachód od PRL).

A skoro jest The Juju Orchestra zespołem z NRD, to posłuchajcie go, o ziomalowie i ziomalki. A potem, być może, zaproście tę piękną grupę do siebie, do swojego ulubionego domu kultury, albo i kinoteatru. Uczynicie dobro, a oni umilą wam dzień. Sprawdźcie sami…

/hlb/

Dzięcioły z Kosmosu

14.09.2009 hlb 4 komentarzy

W komentarzach do niedawnej notki, tej o filmie Ghostbusters, niespodziewanie rozergaliśmy krótki mecz w dwa ognie, rzucając w siebie diabelską muzyką. Diabelską, czyli taką  która Szatan stworzył u zarania dziejów, aby porwać nas w objęcia densu i innych żenujących stanów.

Atakowaliście Shakin Stevensem i Modern Talking. Ja się ostrzeliwałem Rominą Power & Alem Bano oraz Fancym. Wy znów kontratakowaliście Sabriną i Kajagoogoo. Ostatecznie użyłem niekonwencjonalnej broni masowego rażenia, czyli kawałka zapomnianego dziś dokumentnie zespołu Fiesta z refrenem:

Kupię skodę na wodę
Albo ładę na gaz.

Cierpieliście. A ja patrzyłem, jak jutubka wypala wam źrenice, śmiejąc się przy tym diabolicznie.

Ale ta historia przypomniała mi o niedawnej niespodziance, jaką sprawiła mi moja własna pamięć. Przynajmniej na dwóch kontynentach znany jestem z tego, że pamiętam każdy nawet najbardziej dziadowski kawałek jaki kiedykolwiek usłyszałem (ziomalowie teraz nazywają to nuta, tak?).

Mam coś koło trzech tysięcu płyt, wszystkie prawdziwe, oryginalne i z dziurką w środku. Następne sześć tysięcy słyszałem, ale nigdy nie kupiłem. Jeśli doliczyć do tego wszelkie single oneoffy i inne przypadkowo zasłyszane uanhituondery, to trochę tego do pamiętania będzie. A do szczegółów tez mam specjalną pamięć. Kto, z kim, w jakiej był kurtce, w której klasie – i tak dalej.

No i jak raz, zdarzyło się, że przez rok bez powodu pamiętałem pewien głupi refren z roku 1986 czy 1987, który jest protoplastą wszystkich Eiffel-ileśtam oraz Crazy Frogów. Jednak za cholerę nie mogłem odtworzyć w pamięci nazwy wykonawcy tego głupiego refrenu.

I wyobraźcie sobie, że poprzedniej soboty wstałem, przygotowałem sobie pyszne włoskie espresso. I stoję tak w laciach i kalesonach. I pije to espresso. I nagle jest! Synapsa, która kryła tę zaginioną informację niespodziewanie ożyła. I jeszcze stoję, jeszcze nie jestem całkiem obudzony, a w mojej głowie samo się odnalazło: Video Kids!!! Kawałek nazywa się Woodpeckers from Outer Space, czyli Dziędzioły z Kosmosu.

Jest to utwór tak zły, jak tylko da się to wyobrazić. I właśnie za to go kocham dzisiejszego wieczora między 21.15 a 21.25.

/hlb/

Inglourious Basterds. Deux.

13.09.2009 hlb 1 comment

Gdybym miał opisać swojego bloga komuś, kto nigdy nie widział go na oczy, powiedziałbym że jego położenie psychogeograficzne to dziki step gdzieś na wschód od Quentina Tarantino, a na zachód od Lwa Tołstoja.

Zdaję sobię sprawę, że większość z moich szanownych czytelników nigdy nie słyszała o Lwie Tołstoju. A tym bardziej mało kto słyszał o jakimkolwiek z jego filmów. Dlatego Tołstoja pozostawiam na boku. Dzisiaj znowu będzie o Tarantino. Bo w tym sezonie lubię rekurencje, pisałem o tym już chyba.

Inglourious Basterds to najbardziej udany Tarantino od czasów pierwszego Kill Billa. Nie, żeby poprzednie były jakoś szczególnie nieudane. Ale Basterds są wybitni. Wszystko znakomite. Począwszy od świetnie napisanej sceny otwierającej. Tej krótkiej historii domku na prerii, gdzie mieszka samotny osadnik z córkami i gdzie przyjeżdżają z wizyta najwięksi łotrowie na całym Dzikim Zachodzie. Tam poznajemy głownego  badassa. Tam poznajemy sierotkę-pastuszka, który kiedyś z badassem się zmierzy. Za krzywdy wasze i nasze.

Tarantino znów ma świetne dialogi. A przecież dialogi należa do jego najmocniejszych argumentów. Na przykład, rozmowa w tawernie podczas zabawy w sticky-head, podczas której major Hellstrom ma zgadnąć, że jest King Kongiem (eee, nie opowiem, idździe se do kina i posłuchajcie). Przecież to jest instantny klasyk, na miarę analizy Like a Virgin w Reservoir Dogs.

/hlb/

Lizinguję gloryhole

11.09.2009 hlb 27 komentarzy

Jestem jak Iga Wyrwał. Nikt mnie w Polsce nie lubi, bo jestem niemiły, naburmuszony i gardzę resztą gwiazd. A jestem taki przez to, że też mieszkam w Londynie. I też na co dzień robię dobrze Angolom. Jedyne co mnie różni od Igi, to pewien szczegół anatomiczny: mam zdecydowanie większe cyce niż ona.

Ale Polska w 2009 roku to już nie Pierdziszewo Dolne sprzed lat. A Polacy jeżdżą po świecie i swoje wiedzą. Na przykład, wiedzą jaka jest prawda o emigracji. Jak raz, akuratnie prawdę o mnie odkrył i ukazał portal Onet z Gońcem Polskim:

Jak się tam żyje w tej Anglii? Fantastycznie! Pieniądze leżą na ulicy i nawet schylać się nie trzeba, zarabia się krocie, płaci kartami i nigdy nie sprawdza stanu konta. A do tego ludzie się kochają, lubią i szanują. W pracy, w domu, w autobusie, wszędzie! Dziewczyny też egzotyczne wszelkiej maści i koloru otwarte są na wszelkie propozycje[...]. Taki to właśnie kraj. Szczególnie w opowieściach emigrantów na wakacjach.

Wreszcie ktoś po męsku napisał! Jak jest pokazał. Mnie nagiego wyeksponował. I w zasadzie do wyretuszowania pozostaje tylko  jeden anatomiczny feler mojej golizny. Mianowicie ten, że ja naprawdę za wszystko płacę kartą i nigdy nie sprawdzam swojego konta. I naprawdę wszyscy kochają mnie i szanują, a egzotyczne dziewczyny wszelkiej maści i koloru czają się na każdej ulicy.

Czytam sobie dalej ten artykuł o mnie i widzę jaki jestem coraz bardziej obnażony, z cycem zwieszonym na kwinte. Prawie jak Iga Wyrwał na trzeciej stronie The Sun. A czytam dalej tak:

Camden Town, przystanek autobusowy. Naprzeciwko okazały dom ze świeżo odnowioną elewacją. Dostępu od ulicy strzeże furtka, przy której kręcą się dwie młode kobiety. Zrobione na bóstwa – modne ciuchy, fryzury, makijaże. I aparat fotograficzny. – Wchodzimy – zachęca jedna. – Nie, tak chyba nie wolno… – powątpiewa druga. – Co nie wolno, tam nikogo nie ma. Idziemy. Tylko rób szybko – ponagla towarzyszka przekraczając granicę furtki. Potem nonszalancko siada na ganku i pozuje do zdjęć – Tylko, żeby było widać jaki duży…

Zbieg okoliczności chciał, że mieszkam na wzgórzu powyżej Camden Town. Znam więc wszystkie tamtejsze przystanki. I nie ma w Camden Town takich domów z furtką. Okazałych, ze świeżo odnowioną elewacją i gankami. Podobne domy są na nieodległym Primrose Hill. Albo właśnie w górę drogi od Camden Town.

Ale nie bądźmy Pudelkami, nie czepiajmy się każdego pryszcza na wypiętej dupie. Autorowi nie chodziło o domy, tylko o fotki. Jedziemy z fotkmi…

Od takich sesji często zaczynają się wakacje w Polsce. Tam takie zdjęcia będzie komu pokazać. Nie tylko takie zresztą. – Zimą wziąłem dwa tygodnie urlopu i pojechałem z dziewczyną do Egiptu – opowiada Marek, fotograf amator. – Zrobiłem mnóstwo zdjęć, na niektórych byliśmy my sami, ale wiele z nich to były pejzaże i architektura. – Po powrocie Marek pokazał je w pracy i osłupiał, gdy jeden z kolegów poprosił, żeby kilka z nich mu sprzedać. Marek już miał poczuć się dumny ze swej artystycznej pracy, gdy usłyszał wyjaśnienie… – Do Polandu na holideja jadę, wypada się jakoś pokazać, rozumiesz, nie?

Jasne, że wypada! Sam mam trochę takich fotek i już miałem je rozesłać wśród znajomych z Polski. Ale po tym artykule przecież wszyscy poznają, że kupiłem swoje fotki od Marka! I znów wyglądam jak bober Igi Wyrwał z za ciasnych majtek.

- Polska kosztuje i to niemało – opowiada Karol, który od trzech lat mieszka na Wyspach i wakacyjny urlop zawsze spędza w kraju. – Przelot, przejazd z lotniska czy prezenty to zaledwie preludium do wielkiej symfonii wydawania pieniędzy. Wystarczy wypić po piwie z każdym znajomym i konto czyste jak łza. Bo przecież jak przychodzi do płacenia, to nikt nawet przez grzeczność nie łapie się za portfel. W Anglii mieszkasz, bogaty jesteś, to płać – żali się.

Po lekturze powyższego akapitu poczułem się nieco zdezorientowany. Nie wiem już, czy ludzie w Polandzie myślą, że jestem bogaty i przy następnej okazji każą mi płacić za wszystko, czy raczej jednak już zostałem zdemaskowany. Tak, że wszyscy wiedzą, jaka jest prawda o mnie – iż niebogaty jestem, całkiem zabiedzony robieniem dobrze Angolom – i teraz będą z litości płacić za mnie dla odmiany.

Niemniej, byłbym jednostronny i monotonny, gdybym do końca notki wyłącznie pastwił się nad autorem artykułu. Dlatego zapraszam na nagły zwrot akcji. Goniec Polski pisze dalej:

– Może to śmieszne, ale po prostu inaczej się nie da – uważa Karol. – Cały ten lans prowokują właśnie ci, co zostali w kraju. Wystarczy, że człowiek wyjdzie z lotniska i już sypią się pytania: ile zarabiasz, ile przywiozłeś, ile zaoszczędziłeś, kiedy zjeżdżasz i w co zainwestujesz.

Jest prawdą, że kiedy jedzie się do Polski, to wszyscy pytają: ile, ile, ile. A nawet straszniej jest! Niektórzy już nie pytają, tylko walą wprost. Z komunikatem do mnie walą, że i tak na pewno słabe jest moje ‘ile’ w porównaniu z tym co oni mają i wyciągają u siebie. Widziałem to kilka razy, a że z natury uległy jestem, to przywykłem i na takie dictum nie protestuję. Obecnie na pytania, gdzie robię i ile wyciągam, zazwyczaj odpowiadam: lizinguję gloryhole na Soho i wyciągam kwaterkę dziennie.

Wiem, wiem. Chamski dowcip i niesmaczny. Ale co zrobię, od małego jestem niemiły, naburmuszony i gardzę resztą gwiazd

/hlb/.

Tak wyglądam po retuszu.

Tak wyglądam na fotkach od Marka zaraz po porannym retuszu.

Potrzebne są zmiany w Konstytucji

11.09.2009 hlb 1 comment

Notka! Najwyższy Czas! – chciałoby sie zawołać niczym Korwin-Mikke po partyjce brydża…

…tyle, że jestem zajęty, więc mi nie idzie.  Zajęty jestem lurkowaniem  pewnej subkultury w polskiej blogosferze. O co chodzi, wyjaśnie wam innym razem. A dzisiaj znowu przeklejam swojego komcia, którego zrobiłem w randomicznej blogoprzestrzeni. Jest taki fajny, że szkoda aby sie zmarnował. Proszę…

Przeglądałem ostatnio świetną stronę wuwuwu, na której znalazłem interesujący fragmencik z życia polskich salonów. Pewna dama mówi:

Po opuszczeniu przez nas Pałacu Prezydenckiego pozbawiono mnie paszportu dyplomatycznego. Z mężem mogłam przechodzić przez salonik VIP, natomiast kiedy podróżowałam sama, byłam kontrolowana. Kiedyś leciałam na Ukrainę tym samym samolotem co pan Zanussi. Był zdziwiony, że nie widział mnie w saloniku VIP (…)

W związku z tym mam takie lamerskie pytanko: czy nie  miałoby sensu znowelizować konstytucję w tej materii. Gdyby ustanowiono precyzyjny podział na stany, dosyć łatwo dałoby się zdefiniować, na przykład, co się komu należy. I gdzie kto przynależy.

Po pierwsze….
Patrycjusze powinni mieć automatyczny dostęp do saloników VIP na wszystkich lotniskach krajowych oraz zagranicznych. To pożniejsze wypadałoby zagwarantować odpowiednimi traktatami międzynarodowymi. Widzę tu pole do popisu dla prawdziwie polskiego, narodowego rządu, kiedy taki juz w Polsce powstanie.

Po drugie…
Klasa średnia powinna mieć zagwarantowany dostęp do określonego typu dóbr, pozwalających łatwo zdefiniować ich stanową przynależność. Niewykluczone, że miałoby sens wprowadzić osobne listy dóbr dla podklas.

I tak dla przykładu średnia-niższa uprawniona byłaby wyłącznie do telefonowania z aparatów Sony. Klasa średnia-średnia mogłaby używać Nokii i Samsung. A wyższa-średnia miałaby nieograniczony dostęp do iPhone’ów i Blackberry.

Do klasy wyższej-średniej z automatu powinni zostać awansowani wszyscy pracownicy biurowi zatrudnieni w granicach administracyjnych Warszawy. Nominacje powinny odbyć się przed Grobem Nieznanego Żołnierza, w obecności Prezydenta. Nobilitowani powinni otrzymać MacBooki firmy Apple, które byliby zobowiązani nosić do galowych mundurów w święta państwowe i kościelne.

Po trzecie…
Stan niższy obowiązkowo powinien nosić wąsy, bez względu na płeć. Tak, aby łatwo było odróżnic tę klasę od pozostałych.

Przynależący do stanu niższego nie mieliby prawa do tego, aby mówiono do nich pan, lub pani a jedynie ziutku lub‘ziuto. Równocześnie ustawowo na stan niższy powinna zostać nołożona danina w postaci dodatkowego podatku od strucli i linuksiarstwa. Jeśłi nie wiecie co to strucle, guglajcie. Podpowiadam, że strucle wytwarzane sa w Pierdziszewie Dolnym.

Z korwninistycznym pozdrowieniem
/hlb/

Diss

04.09.2009 hlb 18 komentarzy

Jak raz zrobiłem przed kilkoma godzinami komentarz, ale spodobał mi się na tyle, że będzie on też nową notką. Głównie dlatego, że  znalazłem jutubke, która ilustruje…

W trzecim odcinku drugiej serii Flight of The Conchords jest taka sytuacja, że Bret zdissowal rapperów i boi sie odwetu. I Dave opowiada mu o historii, kiedy gangsta rapperzy odcięli gościowi całe ciało. No, jak to ciało? No, trzymali go za siusiaka i obcięli mu całe ciało…

W oruginalnym komentarzu użyłem sława dick zamiast siusiak. Ale rozumiecie, to jest blog dla kulturalnych ludzi i polonistycznych purystów. Dick nie przejdzie, bo to po angielsku czyli nieładnie./hlb/

Reverend and the Makers

04.09.2009 hlb 4 komentarzy

Ostatnio trochę narzekałem, że nie widzę  zbyt wielu ewidentnie interesujących debiutów w tym sezonie. Dla równowagi, musze przyznac że lepiej jest z drugopłytowcami. Na ten przykład właśnie Reverend and the Makers. Ich album numer dwa nazywa się A French Kiss in the Chaos. Nie, żeby cios w plecy, po którym sie podnieść nie moża, ale naprawdę da się. Po prostu da się, bez dwóch zdań da się posłuchać.

Reverend and The Makers są z Sheffield, które jak dotychczas kojarzyło mi się wyłącznie z refrenem This is England The Clash:

This is England
This knife of Sheffield steel
This is England
This is how we feel

Pierwszy singiel (patrz: załączony obrazek), który promował te płytę miał w sobie coś z wczesnego Blur. Juz idzie kolejny, który najpewniej przypominał bedzie coś całkiem innego, bo to całkiem różnorodna płyta jest, ta French Kiss. /hlb/

A na Tygrysy mamy Visy

03.09.2009 hlb 1 comment

Był wczoraj Pierwszy Września. Siedemdziesiąt lat minęło odkąd młodzi chłopcy z Wehrmachtu wykonali sobie pamiątkowe zdjęcie z polskim szlabanem granicznym. Właściwie powinienem był przygotować z tej okazji notkę okolicznościąwą z cyklu: A na Tygrysy mamy Visy. Dziewięćdziesiąt procent polskich internetów tak postąpiło.

Jednak po pierwsze taką notkę wykonałem już wcześniej. Jeśli czytaliście, to przyznacie, że przygotowany byłem do Kampani Wrześniowej wzorowo. Niczym związek partnerski Ribbentrop-Mołotow.  Na marginesie dodam, że uważam iż Polska dla odmiany była do  Września kompletnie nieprzygotowana. Choć kroiło się jej od dawna i widziały to nawet eskimoskie dzieci.

A nieprzygotowana była właśnie dlatego, że być przygotowanym w Prawdziwej Polsce nie wypadało. Wystarczyło jej tkwić w przekonaniu o swoim niesamowitym przygotowaniu. W efekcie tego niezwykłego kontaktu z rzeczywistością – to, co nazywa się szumnie Kampanią Wrześniową było wyłącznie niezwykle sprawnym spierdalaniem przed niemieckimi tankami.

Na użytek zawiedzionych moją antypolską postawą dodam, iż moim skromnym zdaniem nie wstyd jest spierdalać. Bo w 1939, 1940, a nawet i 1941 spierdalali lepsi on nas. Wstyd natomiast jest upierać się wbrew faktom, że jedynie bohatersko biegło się na czele peletonu.

Jako były magister nauk politycznych przypominam sobie nawet taki podręcznik, w którym pewien bardzo poczciwy profesor udowadniał, że we Wrzesniu lepiej nam szło niz później Francuzom. A to – gdyż, bo, ponieważ, jeśli policzy sie średnią, ile kilometrów pokonywały hitlerowskie czołgi w jeden dzień, kiedy zapierdalały przez Polskę i przez Francję, to wyniknie z tej średniej, że Polska górą, bo szło Niemcom wolniej!

Jest to pattern znany ze współczesnej piłki nożnej: jesli policzy się, ile razy Polska bohatersko zremisowała w barażach do Mistrzostw Europy, to wyjdzie oczywista oczywistość, że Francja jest kiepska.

Po drugie – i przede wszystkim! – nie napisałem nic o wczorajszej rocznicy, bo niespecjalnie interesują mnie kampanie reklamowe, w których interpretacją historii zajmuja się urzędnicy i politycy. Przypomniałem sobie za to (po raz kolejny) o pewnej ksiażce, która wpadła mi w ręce w ubiegłym roku. Możliwe, że Kampania Wrześniowa to dobry pretekst, żeby wam o niej wreszcie opowiedzieć. /hlb/

Nofollow wszystkim frajerom!

01.09.2009 hlb 8 komentarzy

W myśl zasady czyńmy dobro dzisiaj notka interwencyjno-edukacyjna. Przedmiotem jest problem, jaki prędzej czy później dotyczy każdego bloggera: jak nie podnosić pageranku frajerom.

Zdarzy się, ze trafisz w internetach na coś, co ma taki ciężar głupoty, kretynizmu, czy innego bliżej niesprecyzowanego lulza, że nie możesz się powstrzymać. Chcesz się podzielić z innymi, którzy przecież także  lubią pobaraszkować w internetowej kniei. Z wypiekami publikujesz notkę. Wstawiasz skrina, cytat, cokolwiek. I oczywiście na dowód, że znalezisko jest prawdziwe, dajesz linka do źródła.

Może być nawet tak, ze dajesz linka do czegoś, co w twoim mniemaniu jest niebezpieczne. Ostrzegając chcesz także czynić dobro. Właśnie w myśl zasady wymienionej we wstępie. Niestety niekoniecznie tak się dzieje, bo…

Większość szanownych was zapewne jest już świadoma tej prostej internetowej prawdy: linkowanie, bez względu na intencje linkującego, przynosi korzyść linkowanemu. Działa to tak. Ty piszesz czerwonym flamastrem na swoim blogu: Uwaga na oszusta, sprzedającego własne szczyny  jako niezawodny lek na raka. I dajesz linka, żeby każdy twój czytelnik widział, jak wygląda oszust.

Ale The Algorytm w trzewiach Googla (bez wchodzenia w krwiste technikalia) nie rozumie przesłania twojej notki. Widzi tylko linka i sąsiadujące z nim słowa-klucze. W konsekwencji efekt jest odwrotny do zamierzonego: oszust dostaje bonus w postaci wyższej pozycji. Bo The Algorytm pomyślany jest tak, aby szukać kontekstu, nie filozofować nad przesłaniem.

Może się nawet zdarzyć, że jeśli sto osób napisze ostrzeżenie podobne do twojego, to zbiorowo wywindujecie oszusta tam, gdzie wlaśnie widzieć go nie chcieliście. I  kiedy ktoś inny wpisze w Googlu frazę “niezawodny lek na raka” – wtedy na pierwszej pozycji pojawi się wasz oszust. Śmiejąc się i dziękując wam w duchu za darmową reklamę.

Oczywiście dziewczęta i chłopaki z Googla już jakiś czas temu zauważyli problem i wymyślili proste techniczne rozwiązanie. Otóż, Google (a za nim inni najwięksi: AOL, MSN, Yahoo) wprowadził do swojej specyfikacji atrybut rel z wartością nofollow dla taga <a>. Kto wie o co chodzi, może przejść do jutubki na końcu notki. Dla potrzebujących analogowej, ludzkiej wykładni – przdstawia się ona tak:

Jeśli w swojej notce masz wstawiony link, którego nie chcesz promować, to otwórz źródło notki (każdy edytor na szanującej się platformie ma gdzieś taki dynks oznaczony HTML, albo źródło właśnie). W treści powinny pojawić się różne <em>, <i>, <a href=”http//costamcostam.com”>. To są właśnie tagi HTMLa (tak, upraszczam, a bo co?).

Odnajdujesz link, o który ci chodzi. Będzie on zapisany wewnątrz taga i całość powinna wyglądać mniej więcej tak: <a href=”http//costamcostam.com”>. Oczywiście, w miejscu costamcostam.com pojawi się twój link. Wewnątrz taga, najlepiej na końcu, tuz przed zamknięciem (znak >) dodajesz rel=”nofollow”.  Zmieniony przez ciebie tag bedzie wyglądał mniej więcej:

<a href=”http//cos-tam-cos-tam.com” rel=”nofollow”>

Nie ruszaj niczego innego. Jeśli wewnątrz twojego taga było wcześniej cokolwiek więcej niż to co wymieniłem – zostaw wszystko, tak jak było. A atrybut rel=”nofollow” dodaj (jak wyżej) przed >.

Teraz możesz wrócić do edycji standardowej i pisać dalej. Dodając atrybut rel=”nofollow”, poinformowałeś roboty Googla, że linkujesz do czegoś, co nie jest warte promowania. Uczyniłeś dobro.

A dla pewności, że wszystko gra – otwórz źródło jeszcze raz. Zajrzyj, czy twoja poprawka wygląda tak, jak ją zapisałeś. Większość edytorów ma różne mechanizmy, które sprawdzają czy kod źródłowy notki jest poprawny. Zazwyczaj poprawiają błędy. A czego nie potrafią poprawić – wyrzucają. Jeśli coś ci nie wyszło przy dodawaniu atrybutu (na przykład brak w nim cudzysłowiu, albo jest to nieakceptowany cudzysłow przeklejony z Worda), to możliwe że twój edytor wytnie ci błędną poprawkę.

Jeszcze więcej dobra uczynisz, jeśli tę prostą historię skromnego atrybutu na końcu hateemelowego taga powtórzysz ziomalkom i ziomom z e swojej dzielni. Bo ja na przykład nie znałem jej, dopóki Pani Małżonka nie pokazała mi palecem swojem. A Pani Małżonka wie co pokazuje, jest wybitnym ekspertem w SEO. Kiedy ja jestem tylko szeregowym geniuszem od obiektowego na tlustych mediach. Mogę wywinąć rekurencję, albo przebiec komuś runtime. Jak czarny kot drogę. /hlb/

Inglourious Basterds

01.09.2009 hlb Komentarze wyłączone

Nie mam pojęcia, dlaczego nowy Tarantino został kompletnie skopany przez Petera Bradshawa z The Guardian. Przecież Bradshaw się zna, opinie tworzy opiniotwórcze i opiniom tym ufać wypada. Z reguły nawet warto! A tu:

Rozciągnięta scena za rozciągnięta sceną w głupawo konwencjonalnym porządku, a każda wypełniona drętwymi dialogami, od których czułem się jakby ktoś wypuści ł Mogadon przez wentylacje w sali.

A przeciez jak to nie bawi, skoro bawi! Jest to wybitnie udany komiks, albo i spaghetti western, osadzony w Europie lat czterdziestych ubiegłego stulecia! A jak powiedział porucznik Raine w jeszcze innej scenie:

Patrzeć jak Donny tłucze na śmierć nazistów, to jest jedyne doświadczenie naprawdę podobne do dobrego filmu!

No, jedyne…/hlb/

Florencja i Maszynka

28.08.2009 hlb 3 komentarzy

Jeśli idzie o muzykę, to trudno mi sobie przypomnieć coś całkiem nowego, co zadziwiłoby mnie na  poważnie w ostatnim czasie. Jedyny wyjątek to debiut Florence and The Machine. Ta płyta chodzi za mną od dwóch miesięcy. I chociaż w zasadzie nie jest to mój typ muzyki, to lubię.

Mam zresztą tę zarozumiałą satysfakcję, że odkryłem  Florence jakiś rok temu, kiedy była ona jeszcze na poziomie dwudziestoosobowych gigów w maleńkich klubach na Camden. Zapowiadaną wówczas płytę zamówiłem w przedsprzedaży chyba w listopadzie. Ukazała się ostatecznie z  początkiem lata, pod tytułem Lung. Za cierpliwość Amazon nagrodził mnie dwupłytową limitowaną edycją.

Prawdę mówiąc okazało się, że kawałek który mnie zachwycił rok temu (Kiss with a Fist) to raczej rodzynek na Lung. Reszta brzmi trochę inaczej. Po tej płycie Florence jest porównywana do Kate Bush. Ale to chyba raczej przez kolor włosów niż sposób śpiewania. Oczywiście jest to muzyka lekko rewajwalowa, rewajwalująca lata osiemdziesiąte. Jednak  prędzej zgodziłbym sią na jakieś luźne skojarzenia z pierwszą płytą Sinead O’Connor, ta która się nazywała Leon i Korba. Bo możliwości Florencja ma doprawdy godne uwagi.

Są na tym krążku ze dwa kawałki, których jak dla mnie mogłoby tam po prostu nie być. I nawet nie dlatego, że są złe. Raczej dlatego, że zdradzają tendencję, która może zaowocować tym, iż kolejnego albumu Florencji (i pewnie następnych) już nie polubię. Słowem, w tych dwóch wyrzutkach zakrada się taki  popiasty glanc, coś w stylu arenbi. Jakiś producent pokręcił gałą w niebezpiecznym jak dla mnie kierunku.

Na szczęście, poki co, tendencja jeszcze nie jest groźna. Album Lung pełnoprawnym plazirkim. Ja lubie. I dopiero nowe Arctic Monkeys zaczyna go u mnie wypierać. Dziewczyna umie śpiewać i to jest gites! Na dowód, jutubka z Ibizy. Na żywo dla Beebsów. /hlb/

Ghostbusters

27.08.2009 hlb 24 komentarzy

Ghostbusters to jest jednak nieśmiertelne dzieło, plazirek prawdziwy!

Po pierwsze, Bill Murray jako dr Peter Venkman. Mnie wygląda na to, że rola Murray’a wiele ma z w sobie z Johna Belushi. Przy czym Murray to nie kopia tylko bardzo udane, twórcze rozwinięcie. Generalnie Ghostbusters reprezentuje ten nieprzesadnie napięty sposób łączenia prawdopodobnego z nieprawdopodobnym, który bardzo lubie w Blues Brothers.

Zresztą sprawdziłem, moją spiskową teorię podziela Wikipedia. Stoi tam napisane, iż Dan Aykroyd (współtwórca scenariusza) miał Belushiego na uwadze pisząc Venkmana. Rzekomo Aykroyd zwykł żartować, iz zielony duch z Ghostbusters ma osobowość Belushiego. Dodałbym, że Belushiego z Animal House.

Po drugie, uber-świetne efekty specjalne. Piszę to całkiem serio. W dodatkach do DVD jest mini-reportaż z czasów premiery filmu. I tam powiedziane jest wyraźnie: najlepszej jakości efekty, jakie kino widziało do tej pory. Oczywiście, tamta pora to rok 1984. Protonowe wiązki wyrzucane z protonowych plecaków Duchołapów (właściwie lepiej byłoby Łapiduchy, ale takie pojęcie niestety już istnieje i jest chwilowo zajęte) są nie do pobicia. Zgoda, że dzisiaj to jest już efekt specjalny ze szkicownika dziadunia. Ale za to nie do pomylenia z czymkolwiek innym w kinie.

Zresztą, film ów w zachodniej cywilizacji śmierci jest filmem ikonicznym. We właściwym znaczeniu tego słowa. Koszulki z logo Ghostbusters chodzą po mieście tak samo często, jak koszulki z Nirvaną, czy Reservoir Dogs. Znaczy się, pierwszoligowa ikona popkultury, prawda?

Jednak najsmaczniejszy kąsek z Ghostbusters postanowiłem sobie odłożyć na zaś. Ażeby uwarzyć z niego osobną notkę, w nieodległej przyszłości./hlb/

Ło Matko Buzka! Nikt już nie pamięta dziś tego klipa. Nikt! Ani wy, ani ja, ani Roy Parker Jr.